Miły Panie Bohuszku i tak oto nadszedł, trochę niespodziewanie dla mnie, następny przełomowy dzień w życiu, dzień, który mimowolnie zacisnął mi ostatnią pętlę na szyi i znów odwrócił los, sprawiając, że klamka zapadła szybciej niż było to planowane… Gdy obiecałam sobie, że wytrzymam do wiosny, przytłoczona stosem papierów do przerobienia i uporządkowania, który ostał mi się w spadku po poprzednich pracowniczkach biura, gdy ta kupa celulozy, którą trzeba było przetrawić niczym małe słoniki trawią odchody swoich rodziców osiągnęła absurdalny wymiar, zaczęłam odliczać dni do wiosny… I zacisnąwszy zęby, powiedziałam do siebie w lustrze „dam radę, to tylko trochę ponad sto dwadzieścia dni”, a potem, jeśli dalej mnie będzie coś uwierać, to zmienię coś w swoim życiu.
Zmiany przyszły nie z wiosną, a przedwiośniem, gdy zaczęło się wyjaśniać po kolei wiele części układanki… gdy jak dziecko w czepku urodzone, nagle pojawiły się nowe możliwości i drogi wyjścia z każdej, nawet najbardziej absurdalnej sytuacji. I gdy powoli uświadamiałam sobie, że mam więcej szczęścia niż rozumu, szczególnie do ludzi, że zjednuję sobie ich (nie wiadomo czym) i że potrafię z nimi dobrze pracować.
I dziś, nie mogąc dłużej spać, zaparkowałam wcześniej pod pracą niż zwykle, zapaliłam papierosa i zastanawiałam się czy i kiedy wejść i czy naprawdę chcę tam wchodzić i jakie mam uczucia związane z tym miejscem… i tak dumając, powoli wkładałam, jak co dzień, maskę Leona Zawodowca, który robi wszystko zachowując zimną krew. I może to przeczucie, że coś się wydarzy przytrzymało mnie dłużej na dworze… że może to, co mnie trapi, dylemat, kiedy obwieścić radosną nowinę o odejściu rozwiąże się sam…
I rozwiązał się, na szczęście uprzedzona, siedząc w oparach absurdu większego niż na co dzień, pod nogami mając wodę z małego hydropiekłowstąpienia, gdy strzeliło nam akwarium, rozwiązał się, gdy zastanawialiśmy się, co zrobić z moimi ukochanymi rybkami, które co rano ufnie czekały na moment, gdy zaświecę światło i dam im jeść zadzwonił telefon po długiej i podejrzanej porannej ciszy i wśród normalnej rozmowy padło pytanie, kiedy zamierzałam powiedzieć, że odchodzę… i tak popatrzyłam na rybki, które już nie miały prawie wody, popatrzyłam na ręce, które zaczęły mi drżeć i serce, które z adrenaliny weszło na większe obroty i ze spokojem sprowadziłam rozmowę na pilniejszy temat, akwarium, bo szkoda wszak rybek… a rybka lubi pływać… wiedząc, że temat i tak wróci, i tak mi się spocą ręce, i tak z trudem opanuję się do tego stopnia, by mówić spokojnym, stonowanym głosem i tylko to, co powinnam…
Przetrwałam… jutro wiosna… utęskniona, wyczekiwana wiosna, pora roku, gdy odżywam, łapię drugi oddech, gdy czuję świat i życie każdym milimetrem swojego ciała i staram się coś zmieniać. Przetrwałam, największy stres za mną… przede mną tylko strach przed nieznanym, przed nowym, przed innym niż to, co już z trudem oswojone. Pętla zacisnęła się, mocno, gwałtownie i po raz ostatni, a ja czuję w końcu powiew wolności i nadzieję, na życie w zgodzie z własnym sumieniem.
I tak Panie Bohumile, myślę sobie, że ciekawe są drogi słów, zdarzeń, plotek i jak czasem dziwnie słowo jedno potrafi wrócić z niespodziewany sposób, jak potrafi zmienić plany, jak potrafi wyjść z ukrycia, z szafy… a może jednak chęć kontrolowania wszystkiego skłania ludzi do zakładania pluskw? Tylko to byłaby zbyt tragiczna wizja świata…
Patrzę jak słowa puszczone wolno obrastają, opływają w swoje własne treści, jak rosną po drodze, jak zmieniają swoje oblicze i jak potem żyją własnym życiem, jak przepływa informacja i gdzie się ucina, jak wypływa nowa treść, nowe życie, jak słowa potrafią ponieść, jak potrafią zranić, zaskoczyć, jak potrafią się odbijać echem od ścian, jak potrafią kształtować czyjąś rzeczywistość (albo jej poczucie, czasem lekko zaburzone)… wszystko płynie, a ja nauczyłam się pływać w różnym gównie… dojrzewam…?
I wie Pan co, Panie Bohumile, dalej chcę naiwnie wierzyć w ludzi i ich dobre intencje… i patrząc za siebie, będę pamiętać dylematy kierowcy, opowieści o gejzerze, który zalał przychodnię podczas remontu, ssanie absurdu z rozmów ze współpracownikiem i uśmiech ludzi, którzy mówią, że dobrze im się ze mną pracowało.
Bo nawet Leon Zawodowiec tylko udaje, że nie ma emocji.. teraz nie ma już odwrotu, teraz została już tylko absurdalna para: spokój i strach. I niecierpliwe czekanie na wiosnę, tę jutrzejszą, ciepłą, promienną i rozluźniającą, za którą coraz mocniej tęsknię i tęsknię… a czas odmierza ciche tykanie zegara, a nie rytm gigantycznego metronomu… amen