Milý pane Bohušku…

czyli listy do Hrabala

mosty

Miły Panie Bohuszku, już trochę czasu minęło, odkąd siedziałam sobie na zajęciach, które prowadził tatko. Tatko cierpliwie wykładał grupie studentów istotę wyobraźni i kompleksów Bachelarda i pokazał w jaki sposób można to wykorzystać przy analizie dzieła literackiego. Tatko lekko stremowany, bo zastępował babcię, a babcia jaka jest, każdy wie, każdy też wie jakie to wyzwanie, by godnie ją zastąpić. Myślę, że tatce się to udało, a momenty, gdy puszczał mi oczko wywoływały uśmiech na mojej twarzy. I tak powoli przebrnąwszy przez teorię doszliśmy do analizy. A analiza skupiała się na dwóch opowiadaniach o mostach. I tak, przyznam się szczerze i bez bicia, trochę się wyłączyłam i pomyślałam o mostach w moim życiu.

Pierwszym mostem, a właściwie mostkiem, była taka drewniana kładka, coś jak molo do połowy rzeczki. Gdy byłam mała uwielbiałam na niej siadać tak, by dyndać nogami nad środkiem wody i uczyć się historii. Tam miałam ciszę, spokój, uspokajający szum rzeczki i śpiew lasu, który mnie odgradzał od cywilizacji i innych ludzi. Przede mną, kilka metrów za rzeczką zaczynało się jezioro, a na drugim brzegu rzeki lśnił myśliwski zameczek. To tam moja wyobraźnia zaczynała składać dzieje świata w jakąś w miarę spójną całość. I choć zawsze dla mnie pozostanie niedokończonym mostem, mostem znikąd i nigdzie nie prowadzącym, to nie mam racji, bo był bramą do wyobraźni historycznej. To było jedno z moich magicznych miejsc. Miejsc, które już nie wrócą, bo już nie ma kładki, bo nie ma książek z historii i nie ma gdzie dyndać nogami, za to jest miejsce, gdzie mogą przez chwilę odpocząć konie i ich jeźdźcy, a niedaleko przebiega najbardziej ruchliwy trakt w moim lesie.

A potem zaczęły pojawiać się te metaforyczne mosty, te decyzje, które zmieniały moje życie, jak wybór szkoły średniej, potem studiów… mosty, które mnie prowadziły nad czymś, jakąś pustką, przepaścią, wyrwą, przerwą w zabudowie do czegoś zupełnie innego, decyzje podejmowane pod wpływem impulsu, prowadzące mnie do innego świata.

I tak sobie myślę, Panie Bohumile, że moje życie to ciąg małych wysepek i mostów, kładek między nimi, a część decyzji, które mniej lub bardziej świadomie podejmuję w życiu, to jednorazowe mosty w inną przestrzeń, w inny świat. I tak sobie żyję, próbując jak Pan, pokonywać rzekę życia przeskakując z kry na krę, bacząc, by ta następna, na którą przeskakuję, utrzymała mój ciężar. A moja waga przecież wciąż rośnie i waga życia, które biorę ze sobą. Tylko ja nie robię tego by wzbudzić podziw gapiów… ja po prostu szukam bezpiecznego brzegu.

I uczę się podejmować decyzje, uczę się brać swoje życie we własne ręce, wybierać to, co dla mnie najlepsze, pielęgnować niektóre mosty, inne zostawiać sobie samym. Pozwalam też je palić. Nie sobie, innym, choć podpalania mostów też warto by się czasem nauczyć.

I tak oto trochę wbrew własnej woli wybrałam. Z dwóch osób, do których ciągnęło z podobną siłą… i wybrałam nie osoby, bo trudno postawić na szali przeciwieństwa, ale życie, do którego powoli zmierzam, szukania spokoju w lesie podczas spacerów albo jazdy na rowerze, umiejętności wyciszenia się w mieście i samotności we dwoje.

I niech Pan, Panie Bohumile sobie wyobrazi, że chyba jednak po ostatniej przygodzie i spalonych mostach jestem mniej skora do ryzykanckich zachowań, szaleństw i następnej operacji na otwartym sercu przy starciu przeciwieństw, boję się ryzyka przywiązania do kogoś z innego świata i prób szukania kompromisu. Tchórzliwie się asekuruję, ale już potrafię wziąć odpowiedzialność za decyzję w swoje ręce – to chyba postęp. Sama wybieram mosty, a nie włóczę się gdzie mnie los zaniesie, przywieje. I będę palić tylko w ostateczności.

Bo widzi Pan, Panie Bohumile, każdy most to w gruncie rzeczy jakiś punkt graniczny, jakieś wyjście, przejście nad przeszkodą, nad kłodą, nad problemem albo portal, drzwi do innego świata, jak magiczne rytualne przejście. Most to łącznik, most to kładka, to trap, to podana dłoń, to odwzajemniony uśmiech, to przyjazny gest, to szczere i bezpośrednie słowa.

14, Styczeń, 2007 Posted by | Něžný barbar | 7 komentarzy

coś się kończy, coś zaczyna…

Miły Panie Bohuszku, dopiero późne popołudnie, a już za oknem robi się coraz głośniej, coraz huczniej, coraz bardziej wybuchowo, a we mnie w środku na odwrót, coraz ciszej, coraz spokojniej, coraz przyjemniej. Leżę sobie w łóżku, już przytomniej niż wczoraj czy nawet jeszcze dzisiaj rano, już bez rozpalonego czoła, już łatwiej mi się oddycha, już wraca mi dobry humor i chęci do zmajstrowania czegoś dziwnego. A to znaczy, że mój mały układ immunologiczny powoli zaczyna walczyć z tym, co się przedostało do środka, powoli wytacza swoje działa i wyrusza na wojnę z bakteriami i wirusami, z tym, co we mnie niepotrzebnie siedzi. Chwilę rozmawiam z babcią, dziękując przy okazji, że się pojawiła i była, gdy tego potrzebowałam, dawała wesprzeć się na swoim ramieniu albo rozśmieszała, albo pozwalała na sobie wyładować wkurwienie na świat. Odrzucam kilka awaryjnych propozycji sylwestrowych, bo i tak na zabawę nie mam ani sił, ani ochoty. Za to z ochotą pałaszuję olbrzymią trzystugramową białą milkę z dużymi orzechami, rozkoszując się każdą, olbrzymią kostką. I tak czekam na koniec, rozmawiając przy okazji z pewną przyjazną duszą, która o dziwo dotrzymuje mi dziś towarzystwa.

[...]

I tak, Panie Bohumilu, rozmawiałam sobie dość długo, potem nadrobiłam część zaległości blogowych i tak jakoś czas szybko mijał w dobrym towarzystwie, że już nie zdążyłam wczorajszej nocy zrobić podsumowania. I tak teraz sobie myślę, nad starym już rokiem… i tak sobie myślę, że przyjazna dusza ma rację, że uciekamy przed tym, czego najbardziej pragniemy.

W tamtym roku pierwszy raz straciłam do tego stopnia kontrolę nad własnym życiem, że sięgnęłam dna, że zatraciłam całkowicie chęć życia, że wpadłam w stan bezemocjonalnego dryfowania przez życie, wykonywania tylko tego, co mi narzucone z góry, bez żadnej wewnętrznej motywacji, bez celu, bez radości czy nienawiści. A potem długo i powoli uczyłam się znów chodzić, jeździć, uśmiechać i cieszyć życiem.

Ale też w tamtym, starym już roku, choć raz, choć przez chwilę przestałam uciekać, przez chwilę sama goniłam własne szczęście, zostawiając ukochanego Czułego Barbarzyńcę jako zakładnika i przewodnika. Obudziłam się i znowu zaczęłam gonić nierealnego skrzydlatego ptaka: szczęście, to jest taki ptak, który sobie śpiewa tak: złap mnie pan za ogon, złap mnie pan za ogon, złap mnie pan za ogon, złap. Chyba pierwszy raz w życiu. I pierwszy raz w życiu zrozumiałam, że też potrafię być naprawdę toksyczna, że jeszcze wiele nauki przede mną, że też popełniam błędy i to większe, niż mi się wydaje, że tracę zaufanie szybciej niż mi się kiedyś wydawało i że nie potrafię oddzielić fizyczności od emocji, że też jestem wtórnym narcyzem. I też potrafię ranić, nie tylko siebie, ale i innych, i że odpuszczam szybciej, niż by się komukolwiek wydawało, że jak każdy baran szybko się rozpalam i równie szybko tracę zapał. Przykre, ale prawdziwe i chyba tak już zostanie, mój ogień jest wielki, wybucha nieoczekiwanie z ogromną siłą, ale jak nie dokładam do niego drewna, to równie szybko go potrafię zdusić i opanować. Ale ten ogień czasem jest potrzebny, oczyścił moje życie, oczyścił relację z najbliższymi, ostudził nieco mój idealizm i sentymentalizm.

Właśnie wyczyściłam pamięć, komputer wyczyścił się sam przypadkowym formatem. Poskładałam to, co warte zapamiętania i schowałam do najgłębiej schowanej skrzyneczki, której już pewnie nigdy nie otworzę i żegnam się z nią, bo ta rzeka już przepłynęła, bo dwa razy do jednej rzeki nie zwykłam wchodzić, tak z zasady, dobrej zasady. Składam do skrzyneczki, bo ważne rzeczy i ważne wydarzenia w moim życiu zasługują na odpowiednie pożegnanie. Ta osoba nauczyła mnie więcej niż komukolwiek, mi czy jej, może się wydawać. A w głowie zostawiam tylko nową siebie, bardziej asertywną, bardziej rozbudzoną do życia i wnioski z przygody. Wnioski na przyszłość.

A ta zaczyna się rysować w coraz jaśniejszych barwach. Bo niech Pan sobie wyobrazi, Panie Bohumile, że w końcu udało mi się uporać z zaległą i spędzającą mi nie raz sen z oczu, pracą magisterską, która mnie zdążyła kilkakrotnie przerosnąć. I za jakiś czas, niech Pan trzyma kciuki za mnie, będę mieć następny tytuł na koncie i zamknięty następny etap swojego życia. Zaczyna się rysować w coraz jaśniejszych barwach, bo znów mam cele, bo znów mam spokój ducha i znów patrzę jasno w przyszłość wyłapując to, co dla mnie ważne.

I szukając głupich rzeczy popełnionych w tamtym roku, przypominam sobie uśmiech dwóch pań, które dostały kiedyś nad ranem na ulicy ode mnie po róży, bo jakoś tak wyszło. I robi mi się ciepło, bo w ten sposób obcojęzyczne kobiety cieplej pomyślą o naszej stolicy. I tak najgorszy i najbardziej niezrozumiały poranek w moim życiu, gdy pożegnałam się już ostatecznie z wiarą i nadzieją, nabrał zapachu tych żółtych róż i ciepła tych dwóch uśmiechów i mojego wypowiedzianego ciepłym i pewnym głosem Have a nice day. I choć nie mam pojęcia dlaczego czasem robię dziwne rzeczy, to wiem jedno – robię je w jakimś celu, choć sama czasem nie do końca potrafię go sprecyzować. A może to przypadek ciągle pociąga za sznurki? Nawet jeśli, to robi to tak, by mi było dobrze.

I wie Pan co, Panie Bohumile? Z niecierpliwością czekam na to, co mi przyniesie w tym Nowym Roku, słuchając jednego z bliskich, którzy odeszli w tamtym roku…

Chodźmy tam, gdzie nas oczy poniosą
Chodźmy tam, gdzie niełatwy jest czas.
Czas zieleni, łez i rosy
Czas innego, nowego dnia.
Zabierz wszystkie własne myśli
Zabierz swego szczęscia łut.
Tam, gdzie wszystko jeszcze dla ciebie
Czekaj dnia, przyjdzie znów.


W Twoich oczach dwa ogniki,
Już zwiastują, znaczą cel.

Świecie nasz, świecie nasz,
Chcę być z Tobą w zmowie,
Z blaskiem twym, siłą twą,
Co mi dasz – odpowiedz!

Świecie nasz -
Daj nam wiele jasnych dni!
Świecie nasz -
Daj nam w jasnym dniu oczekiwanie!
Świecie nasz -
Daj ugasić ogień zły!
Świecie nasz -
Daj nam radość, której tak szukamy!
Świecie nasz -
Daj nam płomień, stal i dźwięk!
Świecie nasz -
Daj otworzyć wszystkie ciężkie bramy!
Świecie nasz -
Daj pokonać każdy lęk!
Świecie nasz -
Daj nam radość blasku i odmiany!

1, Styczeń, 2007 Posted by | Kdo jsem | Dodaj komentarz

   

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.