PRZEPŁYWY I ODPŁYWY

Miły Panie Bohuszku i tak oto nadszedł, trochę niespodziewanie dla mnie, następny przełomowy dzień w życiu, dzień, który mimowolnie zacisnął mi ostatnią pętlę na szyi i znów odwrócił los, sprawiając, że klamka zapadła szybciej niż było to planowane… Gdy obiecałam sobie, że wytrzymam do wiosny, przytłoczona stosem papierów do przerobienia i uporządkowania, który ostał mi się w spadku po poprzednich pracowniczkach biura, gdy ta kupa celulozy, którą trzeba było przetrawić niczym małe słoniki trawią odchody swoich rodziców osiągnęła absurdalny wymiar, zaczęłam odliczać dni do wiosny… I zacisnąwszy zęby, powiedziałam do siebie w lustrze „dam radę, to tylko trochę ponad sto dwadzieścia dni”, a potem, jeśli dalej mnie będzie coś uwierać, to zmienię coś w swoim życiu.

Zmiany przyszły nie z wiosną, a przedwiośniem, gdy zaczęło się wyjaśniać po kolei wiele części układanki… gdy jak dziecko w czepku urodzone, nagle pojawiły się nowe możliwości i drogi wyjścia z każdej, nawet najbardziej absurdalnej sytuacji. I gdy powoli uświadamiałam sobie, że mam więcej szczęścia niż rozumu, szczególnie do ludzi, że zjednuję sobie ich (nie wiadomo czym) i że potrafię z nimi dobrze pracować.

I dziś, nie mogąc dłużej spać, zaparkowałam wcześniej pod pracą niż zwykle, zapaliłam papierosa i zastanawiałam się czy i kiedy wejść i czy naprawdę chcę tam wchodzić i jakie mam uczucia związane z tym miejscem… i tak dumając, powoli wkładałam, jak co dzień, maskę Leona Zawodowca, który robi wszystko zachowując zimną krew. I może to przeczucie, że coś się wydarzy przytrzymało mnie dłużej na dworze… że może to, co mnie trapi, dylemat, kiedy obwieścić radosną nowinę o odejściu rozwiąże się sam…

I rozwiązał się, na szczęście uprzedzona, siedząc w oparach absurdu większego niż na co dzień, pod nogami mając wodę z małego hydropiekłowstąpienia, gdy strzeliło nam akwarium, rozwiązał się, gdy zastanawialiśmy się, co zrobić z moimi ukochanymi rybkami, które co rano ufnie czekały na moment, gdy zaświecę światło i dam im jeść zadzwonił telefon po długiej i podejrzanej porannej ciszy i wśród normalnej rozmowy padło pytanie, kiedy zamierzałam powiedzieć, że odchodzę… i tak popatrzyłam na rybki, które już nie miały prawie wody, popatrzyłam na ręce, które zaczęły mi drżeć i serce, które z adrenaliny weszło na większe obroty i ze spokojem sprowadziłam rozmowę na pilniejszy temat, akwarium, bo szkoda wszak rybek… a rybka lubi pływać… wiedząc, że temat i tak wróci, i tak mi się spocą ręce, i tak z trudem opanuję się do tego stopnia, by mówić spokojnym, stonowanym głosem i tylko to, co powinnam…

Przetrwałam… jutro wiosna… utęskniona, wyczekiwana wiosna, pora roku, gdy odżywam, łapię drugi oddech, gdy czuję świat i życie każdym milimetrem swojego ciała i staram się coś zmieniać. Przetrwałam, największy stres za mną… przede mną tylko strach przed nieznanym, przed nowym, przed innym niż to, co już z trudem oswojone. Pętla zacisnęła się, mocno, gwałtownie i po raz ostatni, a ja czuję w końcu powiew wolności i nadzieję, na życie w zgodzie z własnym sumieniem.

I tak Panie Bohumile, myślę sobie, że ciekawe są drogi słów, zdarzeń, plotek i jak czasem dziwnie słowo jedno potrafi wrócić z niespodziewany sposób, jak potrafi zmienić plany, jak potrafi wyjść z ukrycia, z szafy… a może jednak chęć kontrolowania wszystkiego skłania ludzi do zakładania pluskw? Tylko to byłaby zbyt tragiczna wizja świata…
Patrzę jak słowa puszczone wolno obrastają, opływają w swoje własne treści, jak rosną po drodze, jak zmieniają swoje oblicze i jak potem żyją własnym życiem, jak przepływa informacja i gdzie się ucina, jak wypływa nowa treść, nowe życie, jak słowa potrafią ponieść, jak potrafią zranić, zaskoczyć, jak potrafią się odbijać echem od ścian, jak potrafią kształtować czyjąś rzeczywistość (albo jej poczucie, czasem lekko zaburzone)… wszystko płynie, a ja nauczyłam się pływać w różnym gównie… dojrzewam…?

I wie Pan co, Panie Bohumile, dalej chcę naiwnie wierzyć w ludzi i ich dobre intencje… i patrząc za siebie, będę pamiętać dylematy kierowcy, opowieści o gejzerze, który zalał przychodnię podczas remontu, ssanie absurdu z rozmów ze współpracownikiem i uśmiech ludzi, którzy mówią, że dobrze im się ze mną pracowało.

Bo nawet Leon Zawodowiec tylko udaje, że nie ma emocji.. teraz nie ma już odwrotu, teraz została już tylko absurdalna para: spokój i strach. I niecierpliwe czekanie na wiosnę, tę jutrzejszą, ciepłą, promienną i rozluźniającą, za którą coraz mocniej tęsknię i tęsknię… a czas odmierza ciche tykanie zegara, a nie rytm gigantycznego metronomu… amen

listy – reaktywacja

Miły Panie Bohuszku, tak siedzę sobie przed biurkiem, za oknem prószy śnieg, a ja z uporem maniaka przenoszę listy do Pana w nowe miejsce, a przy okazji robię sobie w głowie podsumowanie roku, a właściwie to dwóch lat, tych dwóch lat, których tu brakuje… I tak sobie myślę, że pora wrócić tu, gdzie się rodzi spokój, uśmiech i pogoda ducha, tu, gdzie troski, blaski i cienie dnia wyglądają inaczej, inaczej się też wylewają, innym strumieniem słów. Jakoś tak spokojniej, ciszej, melancholiczniej, odwracając tragizm życia w jego komedię.

Dwa lata to dużo, mówią ludzie, dwa lata życia i ostateczne pożegnanie z beztroskimi czasami studenckimi. Myśli Pan, Panie Bohumile, że potem stajemy się innymi ludźmi? Patrzę na nas wszystkich, zmieniamy się, a właściwie dostosowujemy, dopasowujemy elastycznie jak glina, jak plastelina do otaczającej nas twardej rzeczywistości. Zmieniamy ubiór, styl, kolor włosów, miejsce zamieszkania, ale chyba wszyscy, którzy pojawiali się w moich listach, w gruncie rzeczy zostali tacy sami, choć już trochę dalej nam od siebie (do siebie). Pojawili się też nowi ludzie, pojawiali się z nowym miejscem pracy, najpierw jednym, w ogromnej fabryce, teraz drugim, spokojnym biurem, moim własnym królestwem… I pojawili się też mimowolnie gdzie indziej, prywatniej… głębiej w sercu, choć czasem tylko przelotem.

I pewnie refleksje z nimi związane i z moim obecnym życiem będą najczęstszym tematem listów do Pana, Panie Bohumile po ich reaktywacji, która była jednym z moich postanowień noworocznych. Oby im się szczęściło w nowym miejscu i roku .

Kurwa fiks!

Miły Panie Bohumile, długo, bardzo długo nie pisałam do Pana listu. Zaniedbałam ten ogródek, ten mały, malutki kawałek mojego świata, którym się z Panem dzieliłam od czasu do czasu. I dziś też właściwie napiszę do Pana tylko krótki list… List, którego bym nie napisała, gdyby nie smutna wiadomość, która do mnie dziś dotarła… List, w którym muszę Panu powiedzieć, że zmarł wczoraj Pana przyjaciel – Egon Bondy .

„A gdy przepijaliśmy do siebie, przyszedł Egon Bondy i zdębiał… potem stanął na taborecie i zajrzał do pokoju Vladimira, przebiegł korytarzem, wpadł do Vladimira i stamtąd znów patrzył na mnie, na murek w drzwiach, który teraz wyglądał po prostu jak stół… przyniosłem szklankę, nalałem do niej naszej mikstury, Egon napił się, ale zaraz wypluł likier, jakby przez pomyłkę napił się kwasu… i stanął przy murze, tłukł obiema piąstkami w tynk, tłukł lekko czołem w mur, potem to samo zrobił u Vladimira i wołał, krztusząc się ze śmiechu: Kurwa fiks! Odprężenie! Porozumienie między narodami zaczęło się tu i teraz! Idę przedyskutować to z filozofem Zbyńkiem Fiszerem. To jest róża, to nie jest róża, a więc to jest róża! Żeby zapanowała zgoda wpierw musiał być spór…”

[B.H. Czuły Barbarzyńca, s.25]

I tak odszedł ostatni z bohaterów Czułego barbarzyńcy… ten, który zdawał się być najbardziej zagubiony i przyćmiony przygodami Pana, Panie Bohuszku i Pana Vladimirka, a który i jako Egon Bondy, i jako Zbyszek Fiszer przeżył 77 lat, i może właśnie z powodu dwóch nazwisk i imion potrzebne były do przecięcia jego linii życia aż dwie kosy, te dwie siódemki…

P.S. z 22.11.2010
Zalinkowany wyżej artykuł w „Gazecie Wyborczej” obrócił się w zerojedynkowy proch, dlatego w ramach uzupełnienia – coś innego, cytat:

Zmarł 9 kwietnia 2007 roku. Jego piżama zapaliła się od papierosa, kiedy usnął.
Największy czeski dziennik „Mlada franta DNES” na swoim portalu internetowym napisał o zasługach filozofa i o tym, że nie miał telefonu, radia ani telewizora, bowiem całe życie walczył ze społeczeństwem konsumpcyjnym.
Artykuł o jego śmierci zatytułowano Śmiertelny papieros w łóżku Bondy’ego. Pod informacją dodano „linki związane z tą wiadomością”:
„Łóżka – szeroki wybór on-line”.
„Szukacie łóżka czy materaca? Tysiące ofert tutaj!”.
„Raj łóżek”.

Mariusz Szczygieł: Zrób sobie raj. Wołowiec 2010, s. 39.

mosty

Miły Panie Bohuszku, już trochę czasu minęło, odkąd siedziałam sobie na zajęciach, które prowadził tatko. Tatko cierpliwie wykładał grupie studentów istotę wyobraźni i kompleksów Bachelarda i pokazał w jaki sposób można to wykorzystać przy analizie dzieła literackiego. Tatko lekko stremowany, bo zastępował babcię, a babcia jaka jest, każdy wie, każdy też wie jakie to wyzwanie, by godnie ją zastąpić. Myślę, że tatce się to udało, a momenty, gdy puszczał mi oczko wywoływały uśmiech na mojej twarzy. I tak powoli przebrnąwszy przez teorię doszliśmy do analizy. A analiza skupiała się na dwóch opowiadaniach o mostach. I tak, przyznam się szczerze i bez bicia, trochę się wyłączyłam i pomyślałam o mostach w moim życiu.

Pierwszym mostem, a właściwie mostkiem, była taka drewniana kładka, coś jak molo do połowy rzeczki. Gdy byłam mała uwielbiałam na niej siadać tak, by dyndać nogami nad środkiem wody i uczyć się historii. Tam miałam ciszę, spokój, uspokajający szum rzeczki i śpiew lasu, który mnie odgradzał od cywilizacji i innych ludzi. Przede mną, kilka metrów za rzeczką zaczynało się jezioro, a na drugim brzegu rzeki lśnił myśliwski zameczek. To tam moja wyobraźnia zaczynała składać dzieje świata w jakąś w miarę spójną całość. I choć zawsze dla mnie pozostanie niedokończonym mostem, mostem znikąd i nigdzie nie prowadzącym, to nie mam racji, bo był bramą do wyobraźni historycznej. To było jedno z moich magicznych miejsc. Miejsc, które już nie wrócą, bo już nie ma kładki, bo nie ma książek z historii i nie ma gdzie dyndać nogami, za to jest miejsce, gdzie mogą przez chwilę odpocząć konie i ich jeźdźcy, a niedaleko przebiega najbardziej ruchliwy trakt w moim lesie.

A potem zaczęły pojawiać się te metaforyczne mosty, te decyzje, które zmieniały moje życie, jak wybór szkoły średniej, potem studiów… mosty, które mnie prowadziły nad czymś, jakąś pustką, przepaścią, wyrwą, przerwą w zabudowie do czegoś zupełnie innego, decyzje podejmowane pod wpływem impulsu, prowadzące mnie do innego świata.

I tak sobie myślę, Panie Bohumile, że moje życie to ciąg małych wysepek i mostów, kładek między nimi, a część decyzji, które mniej lub bardziej świadomie podejmuję w życiu, to jednorazowe mosty w inną przestrzeń, w inny świat. I tak sobie żyję, próbując jak Pan, pokonywać rzekę życia przeskakując z kry na krę, bacząc, by ta następna, na którą przeskakuję, utrzymała mój ciężar. A moja waga przecież wciąż rośnie i waga życia, które biorę ze sobą. Tylko ja nie robię tego by wzbudzić podziw gapiów… ja po prostu szukam bezpiecznego brzegu.

I uczę się podejmować decyzje, uczę się brać swoje życie we własne ręce, wybierać to, co dla mnie najlepsze, pielęgnować niektóre mosty, inne zostawiać sobie samym. Pozwalam też je palić. Nie sobie, innym, choć podpalania mostów też warto by się czasem nauczyć.

I tak oto trochę wbrew własnej woli wybrałam. Z dwóch osób, do których ciągnęło z podobną siłą… i wybrałam nie osoby, bo trudno postawić na szali przeciwieństwa, ale życie, do którego powoli zmierzam, szukania spokoju w lesie podczas spacerów albo jazdy na rowerze, umiejętności wyciszenia się w mieście i samotności we dwoje.

I niech Pan, Panie Bohumile sobie wyobrazi, że chyba jednak po ostatniej przygodzie i spalonych mostach jestem mniej skora do ryzykanckich zachowań, szaleństw i następnej operacji na otwartym sercu przy starciu przeciwieństw, boję się ryzyka przywiązania do kogoś z innego świata i prób szukania kompromisu. Tchórzliwie się asekuruję, ale już potrafię wziąć odpowiedzialność za decyzję w swoje ręce – to chyba postęp. Sama wybieram mosty, a nie włóczę się gdzie mnie los zaniesie, przywieje. I będę palić tylko w ostateczności.

Bo widzi Pan, Panie Bohumile, każdy most to w gruncie rzeczy jakiś punkt graniczny, jakieś wyjście, przejście nad przeszkodą, nad kłodą, nad problemem albo portal, drzwi do innego świata, jak magiczne rytualne przejście. Most to łącznik, most to kładka, to trap, to podana dłoń, to odwzajemniony uśmiech, to przyjazny gest, to szczere i bezpośrednie słowa.

coś się kończy, coś zaczyna…

Miły Panie Bohuszku, dopiero późne popołudnie, a już za oknem robi się coraz głośniej, coraz huczniej, coraz bardziej wybuchowo, a we mnie w środku na odwrót, coraz ciszej, coraz spokojniej, coraz przyjemniej. Leżę sobie w łóżku, już przytomniej niż wczoraj czy nawet jeszcze dzisiaj rano, już bez rozpalonego czoła, już łatwiej mi się oddycha, już wraca mi dobry humor i chęci do zmajstrowania czegoś dziwnego. A to znaczy, że mój mały układ immunologiczny powoli zaczyna walczyć z tym, co się przedostało do środka, powoli wytacza swoje działa i wyrusza na wojnę z bakteriami i wirusami, z tym, co we mnie niepotrzebnie siedzi. Chwilę rozmawiam z babcią, dziękując przy okazji, że się pojawiła i była, gdy tego potrzebowałam, dawała wesprzeć się na swoim ramieniu albo rozśmieszała, albo pozwalała na sobie wyładować wkurwienie na świat. Odrzucam kilka awaryjnych propozycji sylwestrowych, bo i tak na zabawę nie mam ani sił, ani ochoty. Za to z ochotą pałaszuję olbrzymią trzystugramową białą milkę z dużymi orzechami, rozkoszując się każdą, olbrzymią kostką. I tak czekam na koniec, rozmawiając przy okazji z pewną przyjazną duszą, która o dziwo dotrzymuje mi dziś towarzystwa.

[…]

I tak, Panie Bohumilu, rozmawiałam sobie dość długo, potem nadrobiłam część zaległości blogowych i tak jakoś czas szybko mijał w dobrym towarzystwie, że już nie zdążyłam wczorajszej nocy zrobić podsumowania. I tak teraz sobie myślę, nad starym już rokiem… i tak sobie myślę, że przyjazna dusza ma rację, że uciekamy przed tym, czego najbardziej pragniemy.

W tamtym roku pierwszy raz straciłam do tego stopnia kontrolę nad własnym życiem, że sięgnęłam dna, że zatraciłam całkowicie chęć życia, że wpadłam w stan bezemocjonalnego dryfowania przez życie, wykonywania tylko tego, co mi narzucone z góry, bez żadnej wewnętrznej motywacji, bez celu, bez radości czy nienawiści. A potem długo i powoli uczyłam się znów chodzić, jeździć, uśmiechać i cieszyć życiem.

Ale też w tamtym, starym już roku, choć raz, choć przez chwilę przestałam uciekać, przez chwilę sama goniłam własne szczęście, zostawiając ukochanego Czułego Barbarzyńcę jako zakładnika i przewodnika. Obudziłam się i znowu zaczęłam gonić nierealnego skrzydlatego ptaka: szczęście, to jest taki ptak, który sobie śpiewa tak: złap mnie pan za ogon, złap mnie pan za ogon, złap mnie pan za ogon, złap. Chyba pierwszy raz w życiu. I pierwszy raz w życiu zrozumiałam, że też potrafię być naprawdę toksyczna, że jeszcze wiele nauki przede mną, że też popełniam błędy i to większe, niż mi się wydaje, że tracę zaufanie szybciej niż mi się kiedyś wydawało i że nie potrafię oddzielić fizyczności od emocji, że też jestem wtórnym narcyzem. I też potrafię ranić, nie tylko siebie, ale i innych, i że odpuszczam szybciej, niż by się komukolwiek wydawało, że jak każdy baran szybko się rozpalam i równie szybko tracę zapał. Przykre, ale prawdziwe i chyba tak już zostanie, mój ogień jest wielki, wybucha nieoczekiwanie z ogromną siłą, ale jak nie dokładam do niego drewna, to równie szybko go potrafię zdusić i opanować. Ale ten ogień czasem jest potrzebny, oczyścił moje życie, oczyścił relację z najbliższymi, ostudził nieco mój idealizm i sentymentalizm.

Właśnie wyczyściłam pamięć, komputer wyczyścił się sam przypadkowym formatem. Poskładałam to, co warte zapamiętania i schowałam do najgłębiej schowanej skrzyneczki, której już pewnie nigdy nie otworzę i żegnam się z nią, bo ta rzeka już przepłynęła, bo dwa razy do jednej rzeki nie zwykłam wchodzić, tak z zasady, dobrej zasady. Składam do skrzyneczki, bo ważne rzeczy i ważne wydarzenia w moim życiu zasługują na odpowiednie pożegnanie. Ta osoba nauczyła mnie więcej niż komukolwiek, mi czy jej, może się wydawać. A w głowie zostawiam tylko nową siebie, bardziej asertywną, bardziej rozbudzoną do życia i wnioski z przygody. Wnioski na przyszłość.

A ta zaczyna się rysować w coraz jaśniejszych barwach. Bo niech Pan sobie wyobrazi, Panie Bohumile, że w końcu udało mi się uporać z zaległą i spędzającą mi nie raz sen z oczu, pracą magisterską, która mnie zdążyła kilkakrotnie przerosnąć. I za jakiś czas, niech Pan trzyma kciuki za mnie, będę mieć następny tytuł na koncie i zamknięty następny etap swojego życia. Zaczyna się rysować w coraz jaśniejszych barwach, bo znów mam cele, bo znów mam spokój ducha i znów patrzę jasno w przyszłość wyłapując to, co dla mnie ważne.

I szukając głupich rzeczy popełnionych w tamtym roku, przypominam sobie uśmiech dwóch pań, które dostały kiedyś nad ranem na ulicy ode mnie po róży, bo jakoś tak wyszło. I robi mi się ciepło, bo w ten sposób obcojęzyczne kobiety cieplej pomyślą o naszej stolicy. I tak najgorszy i najbardziej niezrozumiały poranek w moim życiu, gdy pożegnałam się już ostatecznie z wiarą i nadzieją, nabrał zapachu tych żółtych róż i ciepła tych dwóch uśmiechów i mojego wypowiedzianego ciepłym i pewnym głosem Have a nice day. I choć nie mam pojęcia dlaczego czasem robię dziwne rzeczy, to wiem jedno – robię je w jakimś celu, choć sama czasem nie do końca potrafię go sprecyzować. A może to przypadek ciągle pociąga za sznurki? Nawet jeśli, to robi to tak, by mi było dobrze.

I wie Pan co, Panie Bohumile? Z niecierpliwością czekam na to, co mi przyniesie w tym Nowym Roku, słuchając jednego z bliskich, którzy odeszli w tamtym roku…

Chodźmy tam, gdzie nas oczy poniosą
Chodźmy tam, gdzie niełatwy jest czas.
Czas zieleni, łez i rosy
Czas innego, nowego dnia.
Zabierz wszystkie własne myśli
Zabierz swego szczęscia łut.
Tam, gdzie wszystko jeszcze dla ciebie
Czekaj dnia, przyjdzie znów.


W Twoich oczach dwa ogniki,
Już zwiastują, znaczą cel.

Świecie nasz, świecie nasz,
Chcę być z Tobą w zmowie,
Z blaskiem twym, siłą twą,
Co mi dasz – odpowiedz!

Świecie nasz –
Daj nam wiele jasnych dni!
Świecie nasz –
Daj nam w jasnym dniu oczekiwanie!
Świecie nasz –
Daj ugasić ogień zły!
Świecie nasz –
Daj nam radość, której tak szukamy!
Świecie nasz –
Daj nam płomień, stal i dźwięk!
Świecie nasz –
Daj otworzyć wszystkie ciężkie bramy!
Świecie nasz –
Daj pokonać każdy lęk!
Świecie nasz –
Daj nam radość blasku i odmiany!

nie ma tego złego…

Miły Panie Bohuszku, minęła już najdłuższa noc w roku. Teraz każda następna będzie coraz krótsza, już może być tylko coraz jaśniej i jaśniej. Już w kolejce do wejścia na scenę, ustawiają się święta i sylwester, forpoczta następnego roku. A ja marzę wciąż o jednym – by móc się spokojnie wyspać, zamknąć oczy, wyłączyć mózg, dać odpocząć ciału i duszy. I tak leżę w łóżku, próbując zasnąć, zamknąć powieki i słucham muzyki… nieśmiertelny Queen na uszach i piękny utwór Too much love will kill you. I tak sobie myślę, że za mało tej miłości mi się przytrafiło, bo przecież żyję, bo przecież znowu cieszę się pięknymi zachodami słońca, i, co najważniejsze, cieszę się i życiem, i światem, i ludźmi, którzy mnie otaczają.

I tak sobie myślę, że przypadek nadal sprawuje nade mną pieczę. I nawet jak złośliwie ustawia na parkingu przy ulicy, którą właśnie idę sobie z babcią, czerwony cud niemieckiej motoryzacji, to reaguję uśmiechem i sprawdzeniem jego tablic, tak na wszelki wypadek. I choć przygoda skończyła się szybciej niż zaczęła, to już zawsze będzie wywoływać kilka ciepłych wspomnień, reszta przepadnie w ciszy i zapomnieniu, pozostawiając za sobą kilka wniosków na przyszłość i wiarę we własne szczęście, choć tragizm i komizm życia to bliźnięta, drogi biorące początek z tego samego miejsca, a surowy dramat na koniec wydobywa na jaw to samo, co trywialna groteska.

I dziwię się sobie, Panie Bohumile, że w momencie, gdy wydarzyło się tyle rzeczy, mi brakuje słów, by w jakikolwiek sposób móc to opisać, wyrazić, przedstawić czy zapamiętać historię albo osobę, która wywołała we mnie, obudziła cały wachlarz emocji, uczuć i odczuć… pokazując mi, że mogę poczuć wszystkie, oprócz nienawiści. Ale za to nie brakło mi spokoju.

I właśnie spokoju życzę wszystkim z okazji zbliżających się wielkimi krokami świąt. I tym, którzy wierzą, i tym, którzy nie potrafią albo nie chcą uwierzyć, bo tylko spokój nas ratuje w sytuacjach kryzysowych, takich jak na przykład tkwienie ponad dwóch godzin w kolejce, żeby kupić kawałek ciasta, które lubi mój brat. A zaraz po spokoju, życzę wszystkim umiejętności czerpania radości z obecności innych ludzi.

I chyba o to chodzi w tych świętach. Ale ja się tam nie znam, ateizm przecież wyssałam z mlekiem babci.

I nie ma tego złego… co by mi nie wyszło.

porządkowanie rzeczywistości

Miły Panie Bohuszku, czasami życie bawi się na zmianę w chaos i pustkę. I choć przyznam szczerze, że chaos lubię, to pustka czasami bywa przerażająca. Chaos od zawsze otaczał mnie, moje myśli i uczył szybkiego wyciągania wniosków z tego, co się niespodziewanie przydarzyło, a ta dziwna pustka była mi dobrze znana w dzieciństwie, gdy pozostałe dzieci wyczuwały moje inne podejście do świata i nie bardzo chciały się ze mną bawić (a może to ja z nimi). Pustkę wypełniałam sobie mnóstwem zajęć, treningami, łażeniem po drzewach, przeprowadzaniem dziwnych eksperymentów z saletrą i cukrem, zabawą kupowanymi przez starszych kolegów petardami, jazdą na rowerze po lesie, czytaniem książek, majsterkowaniem w piwnicy ojca, próbami rzeźbienia w gipsie czy struganiem scyzorykiem łódek z kory drzew brudząc na balkonie czy ogródku, rozkładaniem na części pierwsze mechanicznych robocików czy autek mojego brata, a potem mniej lub bardziej udanymi próbami przywrócenia ich do życia. A gdy podrosłam zbyteczny wolny czas zapewniało mi uczenie się czegoś, ot tak, żeby wiedzieć i niestety części po latach już nie pamiętać.

I tak sobie myślę, że w gruncie rzeczy wszystko to, wszystkie te rzeczy były zapełniaczem pustki niwelującym zbyt dużą ilość wolnego czasu (albo wręcz go rozciągające).

Dzisiaj zrobiłam miejsce na biurku, wysypałam z dwóch litrowych butelek po Absolucie stos jednogroszówek. Wzięłam pierwsze dziesięć sztuk, w palcach zrobiłam słupek i postawiłam na stole. Potem odliczyłam z tej leżącej kupy następną dziesiątkę i przyłożyłam słupek do poprzedniego słupka. I tak ze stu groszy ułożyłam pierwszy połyskujący żółtą poświatą trójkąt równoramienny, prawie jak te, które były na pasiakach. I tak porządkując chaos butelkowy, prawie jak Pana ojciec rozbierający i składający na nowo swojego Oriona, porządkowałam też swoje myśli. Z każdym ułożonym słupkiem różnego rodzaju odcieni monet, wygładzały się moje różnobarwne myśli. I tak ułożyłam sobie na biurku, niczym dziecięce puzzle, prostokąt, cztery trójkąty i jedną małą klepsydrę, i już wiem, że w tych butelkach były cztery tysiące czterysta dziewiętnaście monet, i znów mam wrażenie, że czterdzieści i cztery prześladuje moje życie, romantyczna liczba znienawidzonego szybko wieszcza objawia się nawet w gotówce.

Ale wiem już też, że uporządkowane rzeczy zajmują mniej miejsca, nie tylko te materialne, dlatego myśli też poupychałam do odpowiednich szufladek, bo potrzebuję jeszcze miejsce na te nowe, które przyjdą. I już wiem, co jest w szufladce z napisem „lęki”, wiem co kryje skrzyneczka z marzeniami i pragnieniami, wiem, gdzie zakopałam skarb ze wspomnieniami, które dodają sił i wiem, gdzie zagrzebałam te, które ranią. I też wiem, gdzie szukać swojej magicznej szkatułki z pragmatycznym podejściem do świata. I to właśnie tę ostatnią gdzieś zgubiłam na wyboistej drodze życia, ale skoro już ją znalazłam, to od jutra zajmuje centralne miejsce, tuż pod ręką, by łatwo było z niej korzystać.

I tak Panie Bohuszku dowiedziałam się, że boję się tak jak pewnie i Pan się bał, czapki niewidki, którą zakładają sobie nawzajem na głowy ludzie, i tak bojąc się tego, tej niepamięci i obojętności, zakładam białą marynarską czapkę Pepina i pisząc coś od czasu do czasu za bezcen sprzedaję powoli swoje myśli i wspomnienia. A skoro mowa o pieniądzach, to myślę, że najwyższy czas puścić te monety znów do obieg, niech znów pływają w swoim morzu, niech tam błyszczą swoim blaskiem. Może kto inny podnosząc jedną z nich z ziemi znajdzie swoje szczęście i porządek. Ja już znalazłam przepis i składniki. Co z tego wyjdzie, kto wie, może zakalec, może bezkształtna masa, a może życie ze smakiem. Na pewno nie pustka.